Borneo nie przywitało nas przyjaźnie. Ciemne chmury, duszno, tłum ludzi, dużo betonu, na morzu sztorm, udar słoneczny, atak komarów, chrapiący Hindus w pokoju… Właściwie to w ogóle nie mieliśmy zamiaru tu lecieć, internety przedstawiały nam wyspę jako miejsce dla nadzianych turystów z lunetami za milion dolców, w specjalistycznym ubranku rodem z National Geografic, obowiązkowo w wysokich butach trekkingowych i profesjonalnych skarpetach antypijawkowych, i oczywiście z prywatnym przewodnikiem wynajętym do wyszukiwania dzikich zwierząt. Skusiły nas jednak nosacze sundajskie (znane w naszym kraju jako Janusze) i promocje na loty w Air Asia – i tak oto Polaki Cebulaki opuściły bardzo przyjazne malajskie George Town i ruszyły do Kota Kinabalu. A teraz po kolei 🙂

Kota Kinabalu – jedzeniowy raj

Z lotniska do centrum miasta jechaliśmy całą wieczność, a właściwie bardziej staliśmy w korku niż jechaliśmy. Ja oczywiście zdąrzyłam już zaplanować dla nas dzień w Kota Kinabalu, a że mój plan nie przewidywał opóźnień, to siedziałam jak na szpilkach, nerwowo zerkając za okno i obserwując centymetrowe posunięcia samochodu w przód.

Kiedy w końcu dojechaliśmy, pobiegliśmy od razu do portu, żeby złapać łódkę płynącą do rajskich wysepek Tunku Abdul Rahman Park. Szukaliśmy jakiegoś lokalnego „Pana Rybaka”, który za niewielką opłatą wziąłby nas ze sobą, ale okazało się, że wszystko jest pięknie zorganizowane dla turystów i nie ma mowy o przypadkowych rybakach. Najpierw w okienku trzeba było opłacić kurs, potem udać się do poczekalni, gdzie następnie wręczano obowiązkowy kapok i zostawało się przydzielonym do odpowiedniej łódki. Tylko, że nasza łódka cały czas nie przypływała – okazało się, że na morzu był sztorm i łódka nie mogła do nas przypłynąć. Nikt nie wiedział kiedy przypłynie, kazano nam grzecznie siedzieć w poczekalni i się nie stresować. Ponieważ nie należę do cierpliwych osób, stwierdziłam, że mam dość czekania na łódkę i poszliśmy do okienka oddać bilety – i tym sposobem nie zobaczyliśmy głównej polecanej atrakcji w Kota Kinabalu. A może jednak warto było cierpliwie poczekać…

Brak rajskich wysepek postanowiliśmy wynagrodzić sobie plażingiem w lokalnej miejscówce Tanjung Aru – podobno najlepsza lokalna plaża. Pojechaliśmy tam zwykłym autobusem, o dziwo bez żadnych korków 😀 Na miejscu troszkę brudnawo, ale nie tragedia jak na Azję, faktycznie sporo piknikujących lokalsów i rodzinek z dzieciakami.

Poszliśmy spacerem wzdłuż plaży, ciesząc się pełnym słońcem, brodząc po kostki w wodzie, szczęśliwi, że zrezygnowaliśmy z bezczynnego stania w porcie. Bardzo było miło, dopóki nie spotrzegliśmy się, że w morzu grasują parzące MEDUZYYY! Wojtek jeszcze próbował gdzieś tam się moczyć pomiędzy nimi, ale ja zrezygnowałam zupełnie, co po niezbyt długim czasie doprowadziło mnie do maksymalnego przegrzania cieplnego (myślałam, że to niemożliwe w moim przypadku, ale jednak!) i poczułam, że zaraz zemdleję jak tylko nie zejdę ze słońca. Poszłam usiąść do cienia, co też okazało się nietrafionym pomysłem, bo stałam się celem zmasowanego ataku komarów. Nie było wyjścia, trzeba było uciekać.

Wieczorkiem Kota Kinabalu dało nam się na szczęście poznać z lepszej strony. Poszliśmy na nocny market zwany Pasar Malam, który okazał się być zdecydowanie najlepszą miejscówką odwiedzoną przez nas do tej pory.

Było tam mnóstwo straganów z przeróżnym żarciem, my zatrzymaliśmy się przy wielkich kolorowych homarach, stosach świeżych ryb i kalmarów. Najpierw wybierało się produkty, Pani wszystko ważyła, a potem chłopaki przyrządzali w wokach na wielkim ogniu. Najlepsza kolacja w życiu! A na deser duriany w niezliczonych gatunkach… Taka wyżerka <3

Za to na zakończenie dnia w Kota Kinabalu trafił nam się uparcie chrapiący Hindus w pokoju… Tak to jest rezerwować najtańsze hostele. No cóż, przynajmniej obyło się bez nadzianych turystów.

Sepilok – słodziaki orangutany

Rano (po nieprzespanej nocy z Hindusem) wylecieliśmy z Kota Kinabalu do Sandakan, a dalej uberkiem do miejscówki „must see” czyli Centrum Rehabilitacji Orangutanów w Sepilok. Jest to wielki kawał lasu deszczowego, w którym żyją sobie orangutany, które z różnych powodów nie poradziły sobie na wolności. Są tam przysposabiane do życia w naturalnym środowisku, a gdy są już gotowe, same oddalają się w głąb dżungli. Największe szanse spotkania twarzą w twarz z tymi słodziakami są w porze karmienia, kiedy orangutany żyjące już na wolności podbijają na taką specjalną platformę, gdzie Centrum podrzuca im stosy bananów do wzięcia. Karmienie odbywa się rano i po południu, ale oczywiście nie ma gwarancji, że akurat trafią się jakieś chętne osobniki.

My mieliśmy potrójne szczęście, bo dwa orangutanki wpadły po banany i dały piękny popis umiejętności latania po lianach, a do tego jeden zainteresował się wypasioną super lunetą turystki stojącej obok nas (w specjalistycznym ubranku oczywiście!). Słodziak długo dyndał sobie na lianie obok ścieżki, wpatrując się prosto w obiektyw, którym celowała w niego napalona fotografka. Mimo ostrzeżeń jej prywatnego przewodnika, cykała uparcie kolejne wspaniałe ujęcia podchodząc coraz bliżej. Po czym z piskiem zaczęła uciekać, kiedy orangutan przestał dyndać, a jednym susem znalazł się tuż obok niej na ścieżce. Jego wyraz twarzy okresliłabym jako zażenowanie połączone z ciekawością – ewidentnie nie chciało mu się ganiać za turystką, ale jednak zrobił kilka kroków w przód, żeby zobaczyć jak szybko potrafi uciekać. Bardzo ciekawe doświadczenie 🙂

Rzeka Kinabatangan – krzykacze nosacze i magiczna noc

To był nasz główny cel wyprawy na Borneo – dzika rzeka w dziewiczej części borneańskiego lasu deszczowego. Czytając blogi podróżnicze dotarliśmy do rodzinki, która mieszka nad rzeką i wynajmuje pokoje turystom – Sukau Menanggul Homestay. Zorganizowali nam dojazd do siebie bezpośrednio z Sepilok z bardzo sympatycznym chłopakiem, który przyjechał po nas specjalnie ze swoim wujem, który nie był w Sepilok kilkadziesiąt lat i był przeszczęśliwy, że wreszcie miał okazję tu dotrzeć. Latał po parkingu i robił zdjęcia wszystkiemu wokoło – to było urocze. Kiedy dojechaliśmy do rzeki przejął nas mąż naszej gospodyni – Yanie, który był jednocześnie naszym przewodnikiem. Dopłynęliśmy małą łódką do ich domu – bardzo skromnej drewnianej chaty, bez żadnych wygód (nawet tak oczywistych dla nas jak np. prysznic), z prądem jedynie z agregatu, bez okien, z podłogą wyściełaną ceratą…

Tylko w naszym pokoju były łóżka, gospodarze spali na materacu. Na środku ich izby na haku z sufitu wisiał wieszak (taki zwykły na ubrania), do niego przymocowany był metalowy ekspander do ćwiczeń, a na nim bujał się tobołek z… niemowlakiem. Ruch niemowlaka powodował rozciąganie sprężyny ekspandera, co wprawiało tobołek w bujanie. I tak się bujal grzecznie bez żadnego płakania 🙂

Wkoło chaty była gęsta dżungla, żadnych dróg, a więc do domu dotrzeć można było tylko łódeczką. Proste życie, bez wygód, ale szczęśliwe i bardzo rodzinne. Tęskniłam za prysznicem i wygodnym łóżkiem, a z drugiej strony człowiek łapie tak wspaniały dystans do swojej rzeczywistości, że aż się nie chce wracać do tego szalonego świata zabieganego za nie wiadomo czym.

Nasz gospodarz zabierał nas na wycieczki po rzece i był mistrzem w wypatrywaniu nosaczy sundajskich zanim zdołały dostrzec je wypasione turystyczne lornety 😀 Już na pierwszej wycieczce w górę rzeki widzieliśmy kilka nosaczych gangów, w tym samca alfa z ogromnym brzucholem i kinolem (i nie tylko 🙈), który robił do nas groźne miny i krzyczał wniebogłosy. Żałowaliśmy okrutnie, że nie mamy super aparatu, który by to uchwycił.

W nocy ziomeczek gospodarza zabrał nas na wycieczkę mniejszą rzeką w głąb dżungli – co to było za przeżycie! Nie mamy żadnego zdjęcia, więc musicie mi wierzyć na słowo. Było całkowicie ciemno, jedynym źródłem światła był księżyc i tysiące gwiazd na niebie. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności zaczęliśmy dokładnie widzieć wszystkie kształty. Poziom wody znacznie się podniósł, więc drzewa wyrastały na swoich potężnych namorzynowych korzeniach wprost z gładkiej tafli wody. Dzięki temu mogliśmy płynąć wąska odnogą rzeki przez las i zaglądać w każdy zakamarek. Tafla wody była jak lustro – odbijały się w niej drzewa, gwiazdy na niebie, księżyc, droga mleczna… Mieliśmy wrażenie jakbyśmy płynęli przez to rozgwieżdżone niebo, pod nami i nad nami świecił jasno księżyc i cała droga mleczna, a my byliśmy jakby zawieszeni w przestrzeni pomiędzy nimi… Z lasu dobiegały odgłosy toczącego się tam życia, a my sunęliśmy łódką cichutko, żeby nikogo nie spłoszyć. Zaparło mi dech z wrażenia, w milczeniu pochłaniałam cały ten bajkowy świat, nasłuchując i wyostrzając wzrok.

Zatrzymaliśmy się przy drzewie, na którym siedział mały kolorowy ptaszek. Na jego widok nasz ziomeczek krzyknał do mnie “Touch it!” Nie skumałam zupełnie o co mu chodziło, więc bez ogródek wziął moją rękę i położył na pstrokatym łebku… Okazało się, że ta ptaszyna smacznie sobie spała na gałęzi i zupełnie nic sobie nie robiła z mojego głaskania 🙈 Odjazd! Potem trochę porozrabialiśmy i obudziliśmy stado nosaczy, które oburzone naszym zachowaniem nawrzeszczało na nas i leniwie uciekło w głąb dżungli. Byliśmy też pod baczną obserwacją lamparta, którego oczy świeciły jasno w ciemnym gąszczu dżungli.

Totalnie oszołomieni tym odjechanym światem wróciliśmy do naszej chatki, ale ledwo zasnęliśmy, a już zostaliśmy obudzeni przez naszego gospodarza na wycieczkę na wschód słońca. W lekkim szoku wstaliśmy, wsiedliśmy do łódki i znów zachwycił nas krajobraz. Wszystko było spowite gęstą mgłą, rzeka i las wydawały się parować, gdzieniegdzie zza mgieł wystawały wierzchołki drzew, a słońca jeszcze nie było, ale już ciemność stopniowo zamieniała się w lekki róż.

Życie ludzkie zaczynało się powoli budzić, dzieci ubrane w mundurki płynęły na łódkach do szkoły, a dorośli do pracy. Wyruszyliśmy w stronę gęstych mgieł, obserwując po drodze wszelką zwierzynę budzącą się do życia, oczywiście najwięcej uwagi poświęcając bezkonkurencyjnym nosaczom.

Mgły zaczęły się podnosić, a słońce leniwie zza nich wychodziło, makaki szalały po drzewach, ptaki ćwierkały, oficjalnie rozpoczął się kolejny piękny dzień. W zaroślach odpoczywał sobie długaśny krokodyl, ale kiedy tylko zaczęliśmy podpływać dał nura do wody. Dalej płyneliśmy tuż pod gałęziami, na których spał sobie spokojnie wielki czarno-żółty wąż zwinięty w kłębek. Nasz gospodarz bardzo z węża się ucieszył, więc podpłynął tak blisko, że mieliśmy go centralnie nad głowami. Lekko wystraszeni spytaliśmy, czy ten wąż nie jest niebezpieczny, ale zostaliśmy uspokojeni że nic nam nie zrobi. A po czasie dowiedzieliśmy się, że to jadowity wąż mangrowy 🙈

Smutno było wracać, ale co zrobić. Gospodarz zabrał nas na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy zabrać się z powrotem do Kota Kinabalu.

Czekało nas około 8 godzin drogi, a więc bardzo dużo czasu na przemyślenie co dalej robić. Mieliśmy jeszcze 6 dni na Borneo do spożytkowania i kilka pomysłów w głowie. Najbardziej podobała nam się idea wyprawy do serca Borneo – w dzikie góry Kelabit Highlands, czyli największe obszary nietkniętego i totalnie nieturystycznego lasu deszczowego. W jednej z wiosek, położonych w tych właśnie górach, udało mi się znaleźć miejsce do przespania się u lokalnej rodzinki, ale największy problem stanowił dojazd. Na samolot nie mieliśmy szans się wyrobić, więc nasza rodzinka starała się załatwić transport samochodowy, ale nie było wiadome, czy i kiedy ktoś będzie tam jechał. Postanowiliśmy więc spróbować szczęścia i przedostać się do miasteczka położonego najbliżej Kelabit Highlands i liczyć na to, że ktoś stamtąd będzie jechał. A jak nie – to spontan!

Tak rozkminiając czekaliśmy sobie cierpliwie na autobus, który ewidentnie postanowil nie przyjechać… A że zapadła decyzja o dalszej wyprawie, to nie było wyjścia, trzeba było łapać stopa 😉

Poszło bardzo sprawnie i niecałe 7 godzin później dotarliśmy do Kota Kinabalu. Dalej musieliśmy już jechać autobusem do malutkiej mieściny Lawas. Okazało się, że najblizszy odjazd jest dopiero nazajutrz rano i musimy przespać się w tym nieszczęsnym mieście. Postanowiliśmy uniknąć powtórki z rozrywki z chrapiącym Hindusem i wzięliśmy hotel, a że była promka, to zafundowaliśmy sobie nawet basen na dachu, a co! Jak miło było wreszcie umyć się pod prysznicem i wyspać w szerokim łożu na miękkich poduchach 😀 Teraz byliśmy gotowi na nowe przygody – ale o nich będzie już w następnym wpisie 😉