Zgodnie z obietnicą, dziś druga część krótkiego poradnika dla początkujących – jak tanio zwiedzać Europę. Tydzień temu omówiłam kwestie związane z tanim transportem, na początek najtrudniejsze logistycznie do ogarnięcia. A jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie zerknijcie tutaj! Dziś kwestia o wiele mniej skomplikowana, czyli zakwaterowanie i wydatki na miejscu. Prawda jest taka, że jeśli już macie kupiony tani bilet, to zazwyczaj reszta to pestka. No dobrze, a więc bez przedłużania – przed Wami kilka rad, jak nie zbankrutować na wakacjach w Europie 🙂

Wybór odpowiedniej lokalizacji bazy wypadowej

Jeśli chcecie, żeby Wasza podróż była tania, ciekawa, z dużą ilością zwiedzania/ odkrywania to lokalizacja Waszej bazy wypadowej to podstawa. Powinna być ona postawiona na pierwszym miejscu – przed wygodą, walorami estetycznymi, zachciankami typu „chcę mieć ładny widok” itd. Jeśli bez pewnych standardów nie jesteście w stanie przeżyć (np. musicie mieć ładną łazienkę/ duże łóżko/ wygodną szafę na ubrania) to nie ma co się nakręcać na bycie budżetowym podróżnikiem, bo często kierując się tylko ceną i estetyką wylądujecie np. na totalnym zadupiu – z dala od czegokolwiek, ale z ładną łazienką. To tak tytułem wstępu 🙂

Co do samej lokalizacji – jeśli jest to miasto, weźcie pod uwagę możliwości komunikacyjne z centrum i atrakcjami. Najlepiej gdyby możliwe było piesze dojście w jakieś ciekawe okolice, gdzie toczy się życie nocne, jest co zjeść, gdzie połazić. Jeśli wypożyczacie auto (chociaż w mieście absolutnie odradzam), sprawdźcie czy jest parking w cenie. Z doświadczenia – bardzo fajne lokalizacje to okolice studenckie (uwaga! dzielnice studenckie nie zawsze są tam, gdzie jest główny kampus!). Zazwyczaj dużo się tam dzieje, jest tanie jedzenie, życie w nocy tętni, dojazd w takie okolice jest przeważnie łatwy, a bywa, że na luzie do centrum można dojść sobie “z buta”. Bardzo miło wspominam dzielnice studenckie między innymi z Barcelony czy Lizbony.

Jeśli planujecie wypad poza miasto i chcecie dużo zwiedzać korzystając z transportu publicznego koniecznie wybierzcie lokalizację, do której o każdej porze dnia (i najlepiej nocy!) dojedziecie bez problemu. Nie zawsze oznacza to, że jesteście skazani na turbo turystyczne miasteczka – miejscowi w końcu też podróżują autobusami. Warto też wybrać takie miejsce, z którego będzie jak się przemieścić w interesujące miejsca pieszo. Nie zawsze będzie Wam się chciało tłuc autobusem – czasem lepiej zapłacić odrobinę więcej, ale mieć w zasięgu ręki np. jakiś początek szlaków, fajną plażę czy przyjemne stare miasto do posiedzenia wieczorkiem.

Jeśli planujecie wypożyczenie auta i nie macie problemu, by jeździć nim często (jesteście twardzielami i nie skusicie się w Portugalii na pyszne porto, czy w Grecji na szklaneczkę zimnego uzo :P) to bardziej niż sama lokalizacja powinna Was interesować możliwość bezpłatnego zaparkowania auta przy miejscu zakwaterowania. Bywa często, że takiej opcji nie ma – trzeba szukać gdzieś na ulicy, czasami sporo dalej, czasami nie ma wyjścia jak płatny parking.  

Często najlepszą bazą wypadową będą małe miasteczka położone tuż obok głównych turystycznych miejscówek – zazwyczaj dociera tam mniej turystów, ale nadal są dobrze skomunikowane, mają w sobie wszystko, czego potrzebujecie na urlopie. Tak jak czarnogórski Risan – tuż obok przepięknego, ale baaaardzo turystycznego Perastu, dobrze skomunikowany, urokliwie położony tuż nad Zatoką Kotorską, a przy tym całkowicie lokalny i niepowtarzalny klimat!

Gdzie szukać zakwaterowania

Jeśli już mniej więcej macie nakreślony plan wyjazdu i wiecie, jaka lokalizacja Was interesuje, czas przejść do konkretów. Osobiście zakwaterowania szukam w pierwszej kolejności na airbnb i booking. Czym się różnią te dwa portale od siebie? Na airbnb znajdziecie sporo prywatnych osób wynajmujących swoje własne mieszkanie, pokój lub nawet samo łóżko w pokoju współdzielonym. Jest to genialny sposób, żeby poznać lokalsów i dostać od nich bezcenne wskazówki i rady podróżnicze. Ale nie można się też na to nastawiać – wiele razy wynajmowaliśmy pokój i właściciela widzieliśmy raz przy zameldowaniu, a potem ewidentnie starał się nie wchodzić nam w paradę i mieliśmy wrażenie, że w mieszkaniu jesteśmy sami. To jaki jest właściciel, zazwyczaj jest opisane w opiniach od ludzi, na tej podstawie polecam dokonywać wyboru. Na airbnb znajdziecie też mnóstwo “niebanalnych” pomysłów na nocleg – widziałam np. stary VW (hippisowski “ogórek”) zaadaptowany na przytulny pokoik czy drewniany domek na drzewie. Sami mieliśmy okazję spać u kolesia na łódce (normalnie na morzu) i w pokoju wykutym w jaskini, właśnie za pośrednictwem tego portalu.

Widok na morze z naszego „pokoju” – i to bez żadnych dodatkowych opłat!

Booking jest bardziej tradycyjny jak chodzi o spanie, tu znajdziecie mnóstwo tanich mieszkań na wynajem, hosteli, kwater prywatnych, domów wakacyjnych, ale też drogich hoteli w dobrych cenach (jednak to raczej Azja niż Europa). Polecam opcję wyszukiwania po mapie – w końcu zostało ustalone, że lokalizacja najważniejsza! Pamiętajcie, jeśli chcecie zwiedzać i nie przepłacać, to zdecydowanie lepiej jest za tą samą cenę wziąć łóżko w hostelu w super lokalizacji niż wypasiony apartament na odludziu.

Gdyby zdarzyło się tak, że na obu portalach ceny porażają to pozostaje opcja namiotu. W niektórych krajach bez problemu rozbijecie się na dziko, w innych w grę wchodzą tylko kempingi (które swoją drogą zazwyczaj są na bardzo wysokim poziomie!). Pamiętajcie, że kempingi często są też zlokalizowane w miastach – co dla nas Polaków może być trochę dziwne 🙂 Ale bywa zbawienne! Tak właśnie zrobiliśmy w Amsterdamie – wybraliśmy kemping w super lokalizacji. Może nie był to szczyt wygody, ale dzięki temu zwiedziliśmy Amsterdam na piechotę i za spanie zapłaciliśmy 200 zł zamiast 2 tysięcy…!!!

Wybierasz się w regiony holendersko-duńsko-skandynawskie? Pomyśl nad kempingiem!

Śniadanie w cenieczy to się opłaca

Zazwyczaj nie. Ale kusi, wiem, sama się skusiłam nieraz. Taka wizja – wstajesz po imprezowej nocy, nic Ci się nie chce, a tu miły Pan podstawia Ci pod nos kawkę i jajecznicę… Piękne!

Ok – jeśli jest to hotel lub jakieś wiejskie gospodarstwo w stylu agroturystyki, w opiniach widzicie pochwały śniadań pod niebiosa, a Wy jesteście z tego gatunku ludzi, co uważają śniadanie za najważniejszy posiłek dnia, to owszem – opłaca się. A nawet inaczej – bierzcie koniecznie i potraktujcie to jako atrakcję samą w sobie, jak wyjście do knajpy! Siedźcie ile wlezie i cieszcie swe podniebienia 🙂

Co by nie gadać… najwspanialsze smakołyki, które zapadną w pamięć na dłużej, znajdziecie na mieście, a nie na hotelowych śniadaniach. Tak jak te lizbońskie pasteis de Belem – nawet na widok zdjęcia cieknie mi ślinka!

Jeśli jednak jest to zwyczajny hotel/hostel, to z reguły lepiej wziąć tańszą opcję bez śniadania. Szczególnie, gdy jesteście na południu Europy – “śniadanie” może oznaczać kawę plus jakiś mini rogalik. A i to przy dobrych wiatrach – nieraz bywało, że dostawaliśmy np. dwa małe sucharki w opakowaniu w zestawie z najtańszą herbatą. Albo do śniadania była taka bitwa, że żeby coś chapnąć trzeba było wstać o 7…

W każdym nawet najmniejszym miasteczku bez problemu dostaniecie coś smacznego na śniadanie i zazwyczaj nie wydacie więcej niż na to hostelowe. Więc niech Was nie kusi wizja, zazwyczaj staje się ona tylko powodem do rozczarowania…

Rogal rogalowi nierówny. Ten w hostelu zazwyczaj jest zbudowany głównie z powietrza, a ten z kawiarni…. zresztą sami widzicie ile tam w środku dobroci!

Jak jeść, żeby było smacznie i tanio

Zasada jest jedna – tam gdzie lokalsi,  to co lokalsi i… wtedy, kiedy lokalsi! Taka historyjka – będąc pierwszy raz we Włoszech, zachłysnęliśmy się piękną wyspą Elbą – cały dzień zwiedzaliśmy, a po południu zrobiliśmy się okrutnie głodni. No to czas na włoski makaron! Okazało się (wiem, było to do przewidzenia), że jest sjesta i wszystkie knajpy otwierają się dopiero za 2 godziny. Na Elbie sjesta była wyjątkowo “surowa” było pozamykane dosłownie wszystko, łącznie z marketami, wszystkie miejsca otwierały się o 19… Jedynie bary z piwem działały normalnie. Co było poradzić – poszliśmy do baru z piwem i wzięliśmy odgrzewaną, mrożoną lasagne (nawet kelner nas ostrzegał, że to NIE jest świeże danie…). Ale już np. w Lizbonie, lokalny obiad zjecie właśnie wtedy kiedy u Włochów zaczyna się sjesta – koło 13-14. Potem lokalne tanie obiadownie się zamykają, lokalsi pojedli i idą na szklaneczkę porto. Polecam Wam podczas zwiedzania zatrzymywać się po prostu tam, gdzie zobaczycie tłum lokalsów. I nie liczcie, że jak będziecie wracać, to nadal będzie otwarte 🙂

Fajne i tanie miejsca do jedzenia często są na targowiskach (ale takich tradycyjnych), w dzielnicach studenckich, artystyczno-hipsterskich, imigranckich. Polecam też poszukać ich w internecie, głównie na blogach turystycznych, ewentualnie na tripadvisor, ale jest tam taka ilość, że często ciężko znaleźć faktyczną perełkę. Mimo wszystko, najciekawsze miejsca trafialiśmy wchodząc “z ulicy”, bo akurat wpadło nam coś w oko. Internetowy research jest natomiast niezbędny, żeby wiedzieć co fajnego lokalnego do żarełka zamówić 🙂

Lokalnie przede wszystkim. Wystarczy plastikowy stolik i papierowy „obrus”, to co się naprawdę liczy to smak lokalnych smakołyków upichconych przez jakąś babulę, zajadanych w wesołym towarzystwie lokalsów… BEZCENNE!

Gdzie i jak robić zakupy

Niestety tak jak u nas – w marketach najtaniej. Sprawdzajcie godziny otwarcia, bo bywa, że szybciej się zamykają niż w PL (np. o 19). Potem pozostaje tylko opcja zakupów w sklepach u Hindusów i Chińczyków, gdzie oczywiście znajdziecie wszystko – ale odpowiednio droższe. Często też alkohol w sklepie można kupić tylko do określonej godziny, potem tylko w knajpie. W kwestii zakupów starajcie się nie myśleć po polsku – kupujcie to, co jest lokalne. Mimo, że na śniadanie w domu jecie biały ser twarogowy, to będąc w Hiszpanii nie upierajcie się przy nim – zjedzcie jak lokals kawałek wiejskiej tortilli.

Kupuj to co lokalne, bo jak wrócisz do domu, to jest to co będziesz wspominał z łezką w oku 🙂 Tak jak ja wspominam te francuskie sery… Całe szczęście, że obżarłam się ich za wszystkie czasy!

Jeśli jesteście na południu, kupujcie też lokalne owoce i warzywa – dostaniecie takie i w warzywniaku i w markecie. Zazwyczaj są one trochę brzydsze, ale za to smaczniejsze i tańsze.

Lokalne owoce i warzywa cieszą mnie tak samo jak lokalne słodycze. Kupione na targu mango, papaja czy awokado nadają się OD RAZU do pochłonięcia – nie to co u nas, kiedy musisz czekać tydzień, aż łaskawie dojrzeją w domu…

Wycieczki i atrakcje

O ile tylko to możliwe – róbcie je na własną rękę. W 99% przypadków jest o wiele taniej niż w biurze podróży, a w 100% jest ciekawiej. Fajną opcją jest też skorzystanie z wycieczek prowadzonych przez hostel, o ile oczywiście organizują to sami. Zazwyczaj w takich miejscach pracują młodzi zajawkowicze, obeznani ze wszystkim co lokalne, takie wycieczki nie są drogie, a często oryginalne i w małych grupach. Jeśli planujecie większe górskie wycieczki, to wtedy dobrze jest mieć poleconego przewodnika – bez problemu znajdziecie takich w internecie, np. przez podrzucone już wcześniej portale tripadvisor lub airbnb.

Nikt nie zorganizuje Ci tak dopasowanej do siebie wycieczki, jak… TY SAM!

Jeśli jesteście w mieście to korzystajcie z darmowych atrakcji, których w każdym europejskim mieście znajdziecie całe mnóstwo!

Dobry research to podstawa

Powtórzę się, ale co zrobić jak… dobry research to podstawa! Jeśli nie chcesz przepłacać, musisz się dowiedzieć jak w danym kraju się żyje, co warto zobaczyć (i za ile!), co sobie darować, co i gdzie się je, gdzie się toczy życie itd. Nie dajcie się zwieść pozorom, bywa, że jakiś hostel/ knajpa/ cokolwiek wygląda cudownie, do tego jeszcze w super cenie, a potem klops. Lepiej się dowiedzieć zawczasu.

To na koniec kilka życiowych historyjek 🙂

Nasza podróż poślubna na Elbie – znalazłam piękny hotel, taki w sam raz na miesiąc miodowy… Cenowo ekstra – w porównaniu z innymi hotelami, aż dziw! To szybka decyzja zapadła, pojechaliśmy. Na miejscu faktycznie bosko, piękna plaża, malownicze skały, hotelowy ogród jak z bajki, a przy tym kameralnie i romantiko. Pyszne jedzenie, szampan na powitanie młodej pary, płatki róż, te sprawy… Płatność przy wyjeździe, a teraz można się rozkoszować. Było miło, ale kiedy przyszło do płatności… Okazało się, że cena nie była podana za pokój (tak jak w większości hoteli), ale za osobę… Zaznaczę, że w hotelu byliśmy tydzień. Aha – plus wino do każdej kolacji okazało się dodatkowo płatne… Tym sposobem pierwszy i ostatni raz dobiliśmy do limitu naszej karty kredytowej.

W Barcelonie nie wiedzieliśmy, że wieczorem nie można kupić w zwykłym sklepie piwa. Pierwszego dnia po przyjeździe chcieliśmy wieczorkiem usiąść na plaży i rozkoszować się szumem morza z browarkiem w ręku więc bez zastanowienia ruszyliśmy do sklepu. Jedyny otwarty był oczywiście u Hindusa. Wzięłam z lodówki zimne piwka, na co podbiegł do mnie Hindus i zaczął wykrzykiwać coś po ichniejszemu. Stałam tak i zastanawiałam się o co mu chodzi, na co on w odpowiedzi wyrwał mi piwa i wrzucił mi (sam, własnoręcznie!) do mojej torebki. Widziałam podobne zagrywki na Bakalarskiej, kiedy sprzedająca Chinka otworzyła mojej koleżance torebkę i wrzuciła do niej majtki mówiąc: “Dobre, Pani rozmiar, 5 złoty”. Z automatu mnie to oburzyło, ale Wojtek uspokoił, w końcu i tak chcemy to piwo. Hindus wyraźnie nami zdenerwowany policzył nam za nie jak za złoto i “wygonił” nas ze sklepu. A potem okazało się, dlaczego 🙂

Na Malcie jedliśmy zazwyczaj jedzenie marketowe – były bardzo dobre oliwki, sałatki, ośmiornice z grilla – wszystko na wagę w dziale mięsno-serowym. Ostatniego wieczoru stwierdziliśmy, że koniec dziadowania, idziemy do jakiejś lokalnej restauracji na super maltańską kolację. Niestety nie wyszło – okazało się, że akurat tego dnia restauracje są pozamykane 😛 A ponieważ nie zakupiliśmy nic w markecie, to… musieliśmy pójść na pizzę 😛

To tyle rad na dziś 🙂 Podróżujcie dużo, tanio i bawcie się dobrze!

P.S. nie zawsze oszczędność popłaca – zamiast kupić granaty w sklepie, zebraliśmy sami z dzikich drzewek… No cóż, trzeba było z nich zrobić sok, bo do jedzenia się niezbyt nadawały 🙂